Stefan Niesiołowski: PiS chce kazać kobietom rodzić dzieci, o których wiadomo, że są kalekie? To coś nieprawdopodobnego! Miałem wujka inwalidę, wiem, jak wyglądają takie sytuacje w życiu.

 
Niewiele wypowiedzi mnie ostatnio zszokowało równie mocno jak ta, tym bardziej, że padła z ust chrześcijanina. Rzeczywiście, bardzo po chrześcijańsku, niepełnosprawny wujek posła na pewno poczuł się doceniony, mogąc posłużyć za przykład ,dlaczego takim jak on nie powinno się pozwolić urodzić. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak się musieli poczuć niepełnosprawni koledzy partyjni Niesiołowskiego, choćby poseł Libicki, o niepełnosprawnych wyborcach Platformy nie wspominając.
 
W latach 90-tych mówiło się, że najkrótsza droga do dechrystianizacji wiedzie przez ZChN, i Niesiołowski, zdaje się, pokazuje na własnym przykładzie, jak ona wygląda. Bo argumentu z żywym niepełnosprawnym człowiekiem, członkiem rodziny nawet, nie używał do tej pory jeszcze chyba nikt, kto się powołuje na najbardziej choćby liberalną wersję chrześcijaństwa. Niesiołowski znowu w awangardzie, tylko pogratulować, nawet środowiska proaborcyjne się bardziej krygują z eugenicznymi argumentami.
 
Nie znaczy to bynajmniej, że projekt zaostrzenia ustawy aborcyjnej mi się podoba. Nie podoba mi się, przeraża mnie nonszalancja, z jaką podpisani pod projektem posłowie chcą zakazać aborcji w sytuacjach tak skrajnych, z jaką musiała się zmierzyć kilka lat temu Agata Mróz. Wszyscy kibicowaliśmy jej wtedy w heroicznej, ostatecznie przegranej, walce z rakiem, ale nie wyobrażam sobie, żeby państwo mogło kogokolwiek zmuszać do wybrania cudzego życia ponad swoje. A w którymś momencie taki wybór miała Agata. Podziwiam ją, ale gdyby ostatecznie wybrała inaczej, poszła za radami niektórych lekarzy i usunęła ciążę, przyspieszając swoje leczenie, nie byłabym w stanie nazwać jej morderczynią. W takim przypadku trudno nie uznać aborcji za działanie w obronie własnej, a tę nawet obecne prawo dopuszcza. Strach pomyśleć, co będzie, jeśli się za jego poprawianie wezmą posłowie oczekujący od każdego bezwzględnego poświęcenia swojego życia, nawet w sytuacji najbardziej ekstremalnej z możliwych.
 
To jednak zupełnie inna kategoria niż to o czym z taką lekkością mówi Niesiołowski. Zaskakuje mnie lekkość, z jaką wszystkie strony sporu o aborcję podchodzą do tematu. Ciekawe czy feministyczne środowiska proaborcyjne zastanawiają się czasami, jakie są długofalowe konsekwencje prowadzenia proaborcyjnej kampanii pod hasłem "Mój brzuch, moja sprawa” i przekonywania, że aborcja to nic nie znaczący zabieg, coś jak obcinanie paznokci. I komu taka retoryka służy. Bo moim zdaniem najbardziej mężczyznom, pozbawiając kobiety chcące urodzić dzieci prawa, by wymusić na swoich partnerach współodpowiedzialność za nie. Jeśli aborcja to nic, zabieg bezpieczny i nie pozostawiający śladu w psychice, to każdy mężczyzna może powiedzieć „Twój brzuch, twoja sprawa”, traktując opory partnerki przed wygodnym, szybkim i tanim rozwiązaniem problemu jako fanaberie, które jego właściwie dotyczyć nie powinny.
 
Sądząc po lekturze samopomocowych forów dla kobiet po aborcji, jest to ogromna trauma, często ślad na całe życie. Dopóki aborcja jest postrzegana jako poważna, ekstremalna ingerencja w życie kobiety i dziecka, jako zabójstwo po prostu, dopóty kobiety są jakoś tam chronione przed męskimi oczekiwaniami, że w razie czego problem się łatwo rozwiąże. Środowiska proaborcyjne robią jednak co mogą, żeby kobiety chcące urodzić dzieci, lub choćby wahające się, pozbawić ostatniego argumentu w sporze z partnerem lub rodzicem (patrz: przypadek Agaty z Lublina, na której matka i opinia publiczna wymusiły aborcję, której wcale nie chciała). 
 
To straszne, że spór o aborcję toczy się między tymi, którzy chcieliby zmusić Agatę Mróz, aby za swoje dziecko umarła, a tymi, którzy chcieliby zmusić Agatę z Lublina, aby swoje dziecko zabiła. Trudno uwierzyć, że wojna toczona z takich pozycji ma na uwadze czyjeś dobro.