Gazeta Wyborcza: Posłowie PiS uznali, że w tej sytuacji da się Platformie przywalić za raport i wezwali wczoraj min. Piterę przed sejmową komisję administracji i spraw wewnętrznych. I zaczęli: - Czy raport w ogóle istnieje? Jakie były podstawy prawne jego napisania? Jaki ma tytuł? Czy pracowała pani tylko na jawnych dokumentach, czy również na objętych tajemnicą? Czy jest objęty klauzulą ściśle tajne, która nie pozwala na ujawnienie go posłom? Jak się pani pod nim podpisała: jako Julia Pitera? Czy jako minister Julia Pitera, pełnomocnik rządu? Podstawą dla mnie była prośba premiera, a nie moje uprawnienia jako pełnomocnika rządu - odpowiadała Pitera. - To materiał roboczy dla pana premiera i dlatego nie możecie się go domagać. To nie było moje zadanie ustawowe, dlatego mogłam nad nim pracować, kiedy chcę, na czym chcę, o każdej porze dnia lub nocy. Nie ma tytułu i nie jest podpisany. Jak powstawał - to moja kuchnia, nie będę o niej mówić. Wyjaśniła jednak, że korzystała z jawnych dokumentów, ale też z kilku ściśle tajnych. I że jedyny egzemplarz ma premier.

Jeśli Gazeta czegoś nie przekręciła i ta relacja wiernie oddaje wyjaśnienia jakie złożyła wczoraj Julia Pitera przed sejmową komisją administracji i spraw wewnętrznych to mamy zdaje się nie lada skandal. Oto bowiem ktoś przekazał ściśle tajne dokumenty osobie właściwie prywatnej, nie działającej w ramach uprawnień pełnomocnika rządu ani żadnych zadań ustawowych, realizującej jakąś koleżeńską prośbę premiera. Tak przynajmniej swoja pracę nad "raportem" przedstawia Julia Pitera gdy chce się opędzić od posłów domagających się udostępnienia im dokumentu. No fajnie, tyle, że jeśli Pitera przygotowywała ów "raport" (czy też "notatkę") jako osoba prywatna a nie pełnomocnik rządu i na podstawie prośby premiera a nie delegacji ustawowej i uprawnień pełnomocnika to ja się pytam na jakiej podstawie prawnej takiej osobie udostępniono dokumenty ściśle tajne?

Ustawa o ochronie informacji niejawnych: Informacje niejawne mogą być udostępnione wyłącznie osobie dającej rękojmię zachowania tajemnicy i tylko w zakresie niezbędnym do wykonywania przez nią pracy lub pełnienia służby na zajmowanym stanowisku albo innej zleconej pracy.

Tylko z zakresie niezbędnym do wykonywania przez nią pracy lub pełnienia służby na zajmowanym stanowisku albo innej zleconej pracy ale przecież Julia Pitera - jak sama mówi - nie realizowała swoich uprawnień jako pełnomocnika rządu ani żadnych zadań ustawowych. A ustawa nic nie mówi o udostępnianiu informacji niejawnych prywatnym osobom spełniającym prywatne prośby, nawet jeśli są to prośby samego premiera. Chciałabym zatem wiedzieć czy ta ustawa nie została przy pracy nad raportem złamana, a w szczególności:
  • z jakich dokumentów ściśle tajnych korzystała Julia Pitera przy pracy nad raportem i kto jej te dokumenty udostepnił?
  • czy dokumenty ściśle tajne zostały udostępnione Julii Piterze-pełnomocniczce rządu czy Julii Piterze-osobie prywatnej? Jeśli zostały udostępnione Julii Piterze-pełnomocniczce rządu to czy powstały na ich podstawie raport może być traktowany jako prywatny? Jeśli zostały udostępnione Julii Piterze-osobie prywatnej to jak to się ma do Ustawy o ochronie informacji niejawnych, a w szczególności od kiedy dopuszcza ona udostępnianie ściśle tajnych dokumentów osobom prywatnym działających poza swoimi urzędowymi obowiązkami?
  • w jaki sposób udostępnione Julii Piterze dokumenty ściśle tajne były wykorzystywane, czy zapoznawała się z nimi w kancelarii tajnej, czy były kopiowane lub wynoszone, czy sporządzała z nich notatki odręczne lub na komputerze a jeśli tak to gdzie były/są przechowywane? Julia Pitera twierdzi, że mogła nad swoim raportem pracować "na czym chce", tymczasem korzystanie z dokumentów ściśle tajnych jest obwarowane licznymi zastrzeżeniami gwarantującymi bezpieczeństwo informacji niejawnych a nie ma pewności czy Julia Pitera takie bezpieczeństwo zapewniła.
Julia Pitera, trafnie scharakteryzowana przez Władysława Frasyniuka jako "błazen tego rządu" zapewne dobrze wie dlaczego nie chce pokazać swojego cud-raportu ani posłom, ani rzecznikowi praw obywatelskich, ani dziennikarzom, ani opinii publicznej i woli wymyślać kolejne coraz śmieszniejsze łamańce logiczne mające przekonać publikę, że Ustawa o dostępie do informajci publicznej tego akurat dzieła nie dotyczy ale są jakieś granice śmieszności. Któraś ustawa musi tego raportu dotyczyć - albo Ustawa o dostępie do informacji publicznej nakazująca udostępniać oficjalne dokumenty wytworzone przez urzędnika państwowego w ramach obowiązków służbowych, albo Ustawa o ochronie informacji niejawnej zakazująca udostępniania informacji ściśle tajnych osobom niebędącym urzędnikami państwowymi działającymi w ramach swoich obowiązków służbowych. Niech Pitera wybiera, która ustawa ma jej dotyczyć, albo, inaczej mówiąc, która została tu złamana.