W całej historii (nie)wyrzucania Janiny Jankowskiej z uczelni za rzekome odchylenie pisowsko-kaczystowskie najbardziej zdumiewa, szokuje nawet, sposób załatwienia tego rodzaju sprawy przez Stefana Bratkowskiego. Abstrahując od tego co zainspirowało studentów do sporządzenia donosu na niektórych wykładowców, dziwi, dziwi nadany mu bieg.
Zakładam, że donos był podpisany, bo wolę wierzyć, że nie jest jeszcze tak źle, żeby całą machinę uruchamiał anonim (ale niestety tego też nie mogę wykluczyć), co samo w sobie jest ciekawe, bo to znaczy, że w szkole panuje klimat zachęcający studentów do pisania (i podpisywania!) skarg na czyjeś niesłuszne poglądy. W normalnych okolicznościach, nawet gdyby komuś przyszło do głowy, że jego wykładowca sprzyja tej lub innej partii, raczej nie miałby odwagi donosić o tym cichcem do jego przełożonych, uznając, że ci go zwyczajnie pogonią albo, co gorsza, skonfrontują z bohaterem donosu i trzeba będzie to wszystko powtórzyć patrząc mu w oczy. Studenci Wańkowicza najwyraźniej nie brali pod uwagę, że adresaci donosu każą im bronić zarzutów w obecności oskarżonych, uznali, że mogą liczyć na dyskrecję. I sama ich wiara, a zwłaszcza to, że się nie zawiedli, daje do myślenia na temat klimatu panującego na uczelni.
Zamieszczony na stronie Szkoły Kodeks Etyki Dziennikarskiej nie zabrania dziennikarzom posiadania poglądów, ba!, dopuszcza nawet ich stronniczość: "Opinie mogą być stronnicze, ale nie mogą zniekształcać faktów i być wynikiem zewnętrznych nacisków". Żeby więc uznać, że Janina Jankowska nie nadaje się do uczenia dziennikarstwa, trzeba by jej udowodnić nie tylko to, że ma poglądy, i nawet nie to, że są one głęboko niesłuszne, ia ona zamiast je głęboko skrywać ma czelność je publicznie wyrażać, ale że wyrażając je zniekształca fakty lub jest w tym wyrażaniu uzależniona od czegoś więcej niż tylko własnego zdania.
Po kimś takim jak Stefan Bratkowski spodziewałabym się więc zaproszenia podpisanych pod listem studentów do dyskusji - z otwartą przyłbicą - o merytorycznych zarzutach wobec Jankowskiej, z nią samą, i innymi "nominowanymi". Jestem pewna, że Janina Jankowska potraktowałaby to jako ciekawy wstęp do bardziej ogólnej dyskusji o granicach między prywatnymi poglądami dziennikarza, a jego pracą, bo naprawdę jest o czym rozmawiać, a nie bardzo jest się od kogo uczyć. A jeśli są jeszcze dziennikarze, od których można, to Janina Jankowska się z pewnością do nich zalicza. Tymczasem nikt jej nie tylko nie dał szansy odniesienia się do donosu, ale nawet jej z nim nie zapoznał! Tym samym Stefan Bratkowski, i wszyscy, którzy razem z nim decydowali o takiej a nie innej procedurze postępowania ze studenckim donosem, usankcjonowali cichy donos do władz jako skuteczny i akceptowalny sposób rozwiązywania problemów ocierających się przecież o etykę zawodu.
Z przerażeniem myślę, że kiedyś opinię publiczną kształtować będą kadry nauczone eliminowania donosami niewygodnych, bo nie myślących po linii, ludzi. To akcja tak obrzydliwa, że ktoś powinien się za nią spalić ze wstydu. Nie tylko studenci-donosiciele, ale przede wszystkim ten, który ten donos przyjął, rozpatrzył i nie informując jego "bohaterki" wyciągał z niego takie lub inne konsekwencje. Ohyda. Ale wątek wart kontynuacji, chętnie bym się dowiedziała co inspiruje studentów do pisania takich donosów, czy je podpisują, jak trafiają do władz uczelni, czy gorliwi studenci wskazują wszystkich stronniczych dziennikarzy, czy przeszkadzają im tylko ci z odchyleniem propisowskim.
Anonimowa studentka tak reklamuje Szkołę na jej stronie internetowej "Starają się także nauczyć nas "dziennikarskiego toku myślenia", sposobu patrzenia na świat, swego rodzaju wyczulenia na krążące wokół informacje, by móc je wychwycić i wykorzystać potem w swoich tekstach, wypowiedziach."
Donos na Jankowską jest niewątpliwie efektem "wyczulenia na krążące wokół informacje", które gorliwi studenci tylko "wychwycili i wykorzystali". Pozostaje pytanie, czy to czego się nauczyli to na pewno "dziennikarski tok myślenia". Śmiem wątpić.
Janinie Jankowskiej przesyłam wyrazy współczucia, i wsparcia, to jakiś absurd, że akurat ona ma być ofiarą walki ze sprzeniewierzaniem się etyce zawodu.
Janina Jankowska: Jeszcze raz "lista"




Obrzydliwość!