Nie wiem jak bardzo Jarosław Kaczyński potrzebuje polityki, ale polityka na pewno bardzo potrzebuje Jarosława Kaczyńskiego. Potrzebowała go zawsze, po 10 kwietnia potrzebuje go bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza teraz, gdy Platforma sięgnęła po pełnię władzy a my nie możemy liczyć, że media ją będą rzetelnie i surowo rozliczać z tego, do czego i jak tej władzy używa.

Jeszcze nigdy silna opozycja nie była tak bardzo potrzebna jak dzisiaj, 10 kwietnia boleśnie się przekonaliśmy jak słabe mamy państwo, i i jak bardzo jest to obojętne jego elitom, które udają, że tego nie widzą. A jeśli nie stać ich na dostrzeżenie problemu, to tym bardziej nie można liczyć na to, że się spróbują z nim zmierzyć. Mamy więc bezideową partię rządzącą z całkiem realną perspektywą jednowładztwa przez następne pięć lat, słabe i z każdym dniem coraz słabsze (na własne życzenie) media, z których większość w kampanii wyborczej zaangażowała się po stronie władzy i trudno sobie wyobrazić, że ją zaczną z dnia na dzień solidnie rozliczać, i niezbyt świadome społeczeństwo, które sobie jeszcze nie wypracowało własnych mechanizmów patrzenia władzy na ręce, poprzez choćby organizacje typu watch-dog. No i mamy opozycję, której część jest nią tylko nominalnie, faktycznie już przebiera nogami aby dołączyć do władzy za niezbyt wygórowaną cenę. Z punktu widzenia obywatela, który chciałby, żeby ktoś w jego imieniu naprawdę kontrolował obecną władzę, kluczowe jest dzisiaj umocnienie się opozycji. Tej realnej, czyli PiSu, który - jeśli sądzić po tym jak traktowana jest sprawa smoleńska, która istnieje już tylko dla PiSu i kilku dziennikarzy - jest dzisiaj jedyną siłą gotową do rozliczania obecnej władzy na poważnie. A PiS to Kaczyński. Tak było, jest, i tak - mam nadzieję - jeszcze długo będzie, bo należę do niewielkiej pewnie grupy osób, które sobie PiS-u bez Kaczyńskiego nie wyobrażają. Nie tylko sobie go nie wyobrażam, ale wręcz uważam, że jest on (Kaczyński) - ze wszystkimi jego wadami i odpornością na pijarowo-wizerunkowe zabiegi - ogromnym atutem swojej partii, niezastąpionym. Właśnie taki jaki jest.

Czynię to przydługie zastrzeżenie, bo muszę się wytłumaczyć z wczorajszego swojego tekstu, który - sądząc po licznych komentarzach - został opacznie zrozumiany jako wyraz tęsknoty za "innym" Kaczyńskim, kimś w charakterze "przytulanki", ciepłym, łagodnym i nijakim, kimś kto nie będzie drażnił trudnymi pytaniami. Nic bardziej mylnego. Dostrzegam potrzebę Kaczyńskiego twardego, ostrego i bezkompromisowego. Tyle, że warunkiem tego jest jego skuteczność, a tej się pozbawia takimi wywiadami jak wczorajszy.

I właśnie o brak skuteczności miałam pretensje po lekturze pierwszego powyborczego wywiadu. Nie tylko ja, mogłabym tu zacytować liczne wypowiedzi bardzo życzliwych Kaczyńskiemu osób, które ten wywiad podłamał. I pełne entuzjazmu komentarze wrogów, których niezmiernie ucieszyło, że Kaczyński znowu jest taki, z jakim najłatwiej im walczyć.

Kaczyński we wszystkim ma rację - Platforma gra bardzo brutalnie i nieczysto, a sędzia tego meczu, czyli media, tych licznych fauli nie zauważa i zwyczajnie "drukuje". Tyle, że kłótnia ze stronniczym sędzią nic nie daje, można mu wygarnąć prawdę w oczy, ale przecież on tę prawdę i tak zna, a do tego dysponuje gwizdkiem i kartkami, których może użyć. Nie da się przekonać "drukującego" sędziego, żeby przestał, apelując do jego poczucia sprawiedliwości, uczciwości i innych takich tam, bo gdyby je miał, to by nie gwizdał w jedną stroną. "Gra się tak jak przeciwnik pozwala", ten przeciwnik pozwala na niewiele i więcej się nie wynegocjuje. A Kaczyński próbuje negocjować, tracąc czas i marnując wywiad na bezcelowe narzekania, których jedynym efektem będą kolejne ataki na niego.

Nie mam do Kaczyńskiego pretensji, że jest ostry i konfrontacyjny, mam pretensje o to, że jest ostry i konfrontacyjny bezproduktywnie. Wczorajszy wywiad tylko ucieszył jego przeciwników, a przecież mógł naprawdę zaboleć.  Bo jest co punktować. Można było wspomnieć o zasadniczych rozbieżnościach między tym co na temat polsko-rosyjskiej współpracy przy śledztwie mówi polska prokuratura, a tym co mówią Rosjanie, i zapytać, dlaczego w tej sprawie prezydent-elekt de facto trzyma stronę Rosjan, mówiąc, że nie ma zastrzeżeń do tej współpracy i śledztwa. Można było nagłośnić temat rezolucji kongresmena Kinga i zapytać retorycznie, dlaczego w imieniu polskich obywateli o niezależną komisję musi się upominać amerykański polityk, bo polscy skupiają się na zapewnianiu, że wszystko gra, choć każdy widzi, że nie gra absolutnie nic. Można było wreszcie wspomnieć o sejmowych pracach nad nową ustawą medialną, o tym co w trakcie wysłuchania publicznego powiedział o planach Platformy życzliwy jej przecież Jacek Żakowski, o tym jak zostali potraktowani - w większości przecież trzymający z Platformą - twórcy, o tym, że aby wejść na komisję po tym jak się na ich obecność nie zgodziła Śledzińska-Katarasińska, musieli wchodzić jako goście posła Ołdakowskiego, a ponieważ komisja rozpatrując ustawę nie miała jeszcze stenogramu z wysłuchania, aby głos twórców mógł być w ogóle wzięty pod uwagę, ich postulaty musiał zgłaszać - jako swoje poprawki -  Ołdakowski. Można było wczoraj poruszyć wiele wątków, takich które by Platformę naprawdę zabolały, a czytelnikowi dały do myślenia. Tę okazję Kaczyński zmarnował, skupiając się na własnych emocjach i oczekiwaniach. Emocjach jak najbardziej zrozumiałych i oczekiwaniach całkowicie słusznych! Ale artykułowaniem ich niczego nie osiągnie, powiedziane zostało to, co i tak wszyscy wiedzą, ale jedyne co z tego wynika, to nowy rozdział medialnej jazdy po Kaczyńskim.

Kaczyński jest chyba najgorzej traktowanym w przestrzeni publicznej człowiekiem, a po 10 kwietnia obchodzono się z nim wręcz nieludzko, i jest to wina w równym stopniu Palikota, jak i tych wszystkich, którzy Palikotem grają lub go lansują. Gdyby więc Kaczyński we wczorajszym wywiadzie ograniczył się wyłącznie do bluzgów, też byłoby to - tak po ludzku - zrozumiałe. Kaczyński-człowiek imponuje opanowaniem i siłą, ale Kaczyński-polityk musi szukać broni skuteczniejszej, i nawet nie musi szukać daleko, bo ma ją pod ręką.

I o to właśnie mam pretensje. Że dał się ponieść emocjom w tak dogodnej sytuacji, kiedy mógł wrzucić do debaty mnóstwo naprawdę ważnych tematów i zmusić o rozmowy o nich. A on tylko dał pretekst do rozmowy o nim.

Wbrew temu, co niektórzy zrozumieli z mojego wczorajszego tekstu, ostatnią rzeczą jakiej oczekuję od Kaczyńskiego jest łagodzenie kursu w sprawie Smoleńska. Przeciwnie, uważam, że temu tematowi nie można dać umrzeć i jeśli miałabym o coś pretensje to raczej o odpuszczenie tego tematu w kampanii wyborczej. Spośród rzeczy ważnych, jedną z najważniejszych jest właśnie wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej. Ale do tego potrzebny jest Kaczyński słuchany, a nie tylko mówiący. A to niestety nie to samo.

Nie mam więc pretensji o to, że wczoraj Kaczyński był za twardy. Wręcz przeciwnie, mam pretensje, że był za miękki. Bo - jak słusznie zauważa Staniszkis - "Żądanie przeprosin i deklarowanie, że nie będzie się współpracowało (gdy druga strona i tak tej współpracy nie szuka, bo skumulowała dość władzy) jest zawsze znakiem bezradności. Szczególnie w polityce."

Po wpisie Agnieszki Romaszewskiej "Czy polityk jest człowiekiem?" mam do siebie jeszcze większe pretensje niż miałam zaraz po opublikowaniu swojego wczorajszego wpisu, bo pani Romaszewska uświadomiła mi, że faktycznie oczekuję od Kaczyńskiego jakichś zupełnie nieludzkich cech, choć i tak wytrzymuje to wszystko z odpornością i klasą na jaką nie byłoby stać 99% ludzi. Mnie na pewno nie.