Od tamtego czasu zmieniło się wszystko, przede wszystkim zaś rywal platformianej "cioci Kloci". Jeśli wierzyć Tuskowi, na dużo gorszego, bo Jarosław Kaczyński jest podobno gorszą wersją brata. Na pewno trudniejszą do sprzedania, zwłaszcza w kampanii, w której - z niezrozumiałych dla mnie względów - znaczenia nabiera stan cywilny i liczba potomstwa kandydata (Wałęsa musi żałować, że nie wystartował, miałby się czym licytować z Komorowskim).
Na dzień przed ciszą wyborczą od dawna szykowany na prezydenta kandydat Platformy przegrywa z Kaczyńskim, który kandydatem został zupełnie przypadkiem, nie chciał tego i nie planował, a po ogromnej tragedii nawet nie bardzo miał ochotę walczyć. I jakoś sobie poradził, choć do kampanii Komorowskiego zaprzęgnięto już wszystkich, z rządem na czele, bo tylko skończony naiwniak nie dostrzega związku między zadyszką Komorowskiego a listem Tuska do żołnierzy czy obietnicami Kopacz dla pielęgniarek.
Ma więc po swojej stronie Komorowski większość mediów, artystów, ministrów, Owsiaka, trumnę Blidy, nawet prokuraturę, która za pięć dwunasta wykonuje jakieś dziwne ruchy z wlokącymi się do tej pory sprawami. Ma po swojej stronie strach, nienawiść i zwyczajną podłość, bo tak trzeba nazwać emocje na jakich oparł swoją kampanię, gorliwie korzystając z usług Palikota gnojącego osieroconą Martę Kaczyńską, ministrów rozsyłających obelżywe sms-y, czy wreszcie zapominających się w swojej nienawiści "elitariuszy" bredzących o nekrofilii i pedofilii rywala. Na dodatek jako p.o. prezydenta ma Komorowski łatwy dostęp do wyborczej kiełbasy i może na użytek kampanii wykonywać gesty takie jak podpisanie ustawy i ogłoszenie tego na Kongresie Kobiet, czy zwoływanie przed kamerami Rady Bezpieczeństwa Narodowego, może u boku Tuska jeździć po wałach i składać obietnice w imieniu rządu. Komorowski ma wszystko, żeby wygrać, i obficie z tego korzysta. I ciągle ledwie remis w sondażach.
I to z kim? Z gorszą wersją prezydenta, z którym miała wygrać nawet "ciocia Klocia"? Z przypadkowym kandydatem, który nigdy o prezydenturze nie marzył, i tylko okrutny los go wystawił w tej kampanii?
Jest duże prawdopodobieństwo, że Komorowski w niedzielę wygra. Ale będzie to wymęczona wygrana, w której najmniej zasług będzie miał on sam. Gdyby rząd się nie włączył w przekraczające momentami granice przyzwoitości holowanie Komorowskiego, gdyby media wymusiły przyzwoitość na jego sztabie i napiętnowały, tak jak na to zasługuje, niebywałe chamstwo jakie wytoczył przeciwko Kaczyńskiemu, to chyba nic by Komorowskiemu nie pomogło, tak bardzo jest słaby.


