Zacznę od tego, że już na etapie przygotowania i promocji raportu popełniono trzy poważne błędy, które - bez względu na jego merytoryczną zawartość, której jeszcze nie znamy - stawiają pod znakiem zapytania jego rzetelność.
Po pierwsze, autor. Koordynatorem projektu jest Wojciech Mazowiecki, o którym wiele można powiedzieć, ale z pewnością nie to, że jest obiektywny i neutralny, i że obiektywny i neutralny jest jego stosunek do publicznej telewizji. Już w styczniu tego roku, Mazowiecki tak pisał o telewizyjnych "Wiadomościach":
Wojciech Mazowiecki: Do tego słupkowego standardu informowania „Wiadomości”, jako medium najbardziej uzależnione od polityków, dodają od lat element propagandy. Zasada jest stała, zmieniają się metody. Także ostatnio, gdy powróciła sympatia do wizji świata według PiS. Od września 2009 mediami publicznymi włada nowa koalicja PiS-SLD, która program pierwszy TVP oddała znów ludziom przychylnym PiS. „Wiadomości” nie pozostały jednak arogancką, nachalną maszynką do wtłaczania jednej wizji, jaką były za czasów niedawnej prezesury Piotra Farfała. Dziś ich informacje podlegają znacznie inteligentniejszej i trudniejszej do wychwycenia manipulacji.
Nie wiem kiedy Mazowiecki dostał zlecenie neutralnego monitorowania mediów publicznych, ale jeśli już po tym, jak je wielokrotnie "zjechał", to chyba nikt nie miał złudzeń jaki będzie charakter przygotowanego przez niego raportu. Nie wspomnę już o tym, że jako szef działu programowego konkurencyjnej telewizji, Mazowiecki miał tu ewidentny konflikt interesów.
Po drugie, tajming. Raport został ogłoszony na dzień przed ciszą wyborczą i trudno tego nie traktować jako element kampanii wyborczej, tym bardziej, że w momencie publikacji nie został nawet ukończony i dostępne są jedynie analizy (czy raczej "analizy") dotyczące Jarosława Kaczyńskiego. Dane dotyczące pozostałych kandydatów - w przygotowaniu. Co zatem uzasadnia nagłośnienie niedorobionego raportu, przedstawionego w wersji uniemożliwiającej wyrobienie sobie zdania, z samymi tylko tezami, bez uzasadnień i przesłanek na podstawie których zostały postawione? W tak ważnej i delikatnej sprawie, albo się publikuje wszystko w wersji skończonej, albo nic. Jakoś byśmy wytrzymali bez tej wiedzy do poniedziałku. A tak - dzisiaj i jutro media będą grzać tezy raportu, których uzasadnienia nie znają, bo przedstawiono im wersję okrojoną. Okrojoną do jednego kandydata.
Po trzecie, metodologia. Już na podstawie tej okrojonej do samego Kaczyńskiego wersji raportu można ocenić jego metodologię, a budzi ona poważne zastrzeżenia. I moim zdaniem - choć nie jestem socjologiem ani dziennikarzem - przekreśla jego sens, przynajmniej w wymiarze merytorycznym, bo propagandowy zostaje. Otóż autorzy raportu do czasu Kaczyńskiego zliczali nie tylko to co dotyczyło jego samego, ale wszystko co w jakikolwiek sposób można było powiązać z PiSem, także więc wypowiedź Macierewicza o śledztwie smoleńskim, czy wypowiedź Romaszewskiej ubiegającej się o stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeśli więc Macierewicz skrytykował śledztwo smoleńskie, to nawet jeśli zrobił to słusznie i merytorycznie miał rację, jego wypowiedź została wliczona do pozytywnych przekazów o Kaczyńskim, i jako taka zaliczona do dowodów na prokaczyńskie skrzywienie TVP. Sensu to nie ma żadnego. Podobnie jak traktowanie negatywnego komentarza do wypowiedzi Romaszewskiej jako negatywnego przekazu o Kaczyńskim jako kandydacie na prezydenta. Taka metodologia jest całkowicie bez sensu, bo jeśli monitoring ma dotyczyć kampanii wyborczej, to nie powinien brać pod uwagę wszystkiego co się oglądającemu z kandydatem skojarzyło (jaki związek z wyborami ma wypowiedź Macierewicza o smoleńskim śledztwie, czy Romaszewskiej o paradzie gejów?), powinien natomiast oceniać czy przekaz dziennikarski był rzetelny czy nie, bo pokazanie w pozytywnym kontekście czegoś co na pozytywny kontekst zasługuje, lub skrytykowanie czegoś co krytykować należy, nie jest bynajmniej dowodem na stronniczość w tę lub wewtę. Bo czy naprawdę ten choćby fragment dotyczący newsa o lubelskiej szopce Palikota jest dowodem na stronniczość i krzywdzenie Komorowskiego?
Podsumowując. Nawet jeśli ktoś uważa, że szef konkurencyjnej wobec mediów publicznych Superstacji nie kryjący wrogości wobec Kaczyńskiego i mediów publicznych jest w stanie rzetelnie i neutralnie ocenić sposób prezentowania tegoż Kaczyńskiego w tychże mediach, to i tak nie otrzymał dzisiaj pełnego raportu, na podstawie których sformułowano bardzo ostre tezy, a jedynie jakiś fragment, jak raz, Kaczyńskiego właśnie dotyczący. A i tak, na podstawie tylko tego fragmentu, każdy myślący człowiek, musi dojść do wniosku, że oparty o taką metodologię raport jest zasadniczo funta kłaków wart. Choć na finiszu kampanii - bezcenny.



Gdzie jest Polska?