Gazeta Wyborcza: Rosjanie nie chcieli się zgodzić, by samoloty przywożące przywódców polskich na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej lądowały w Smoleńsku. Proponowali lepiej wyposażone lotnisko w Briańsku. Polacy się uparli. Jak powiedział "Gazecie" urzędnik biorący udział w polsko-rosyjskich rozmowach organizacyjnych przed obchodami rocznicowymi, Rosjanie ostrzegali, że nie mogą dać pełnej gwarancji bezpieczeństwa ciężkim maszynom lądującym w wyposażonym w prymitywny system naprowadzania samolotów na pas startowy porcie lotniczym Siewiernyj w Smoleńsku. Proponowali międzynarodowy port lotniczy w Briańsku położony około 250 km od Katynia. Jednak jak zapewnił nas nasz rozmówca, prowadzący rozmowy Andrzej Kremer, wiceminister spraw zagranicznych, oraz Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (obaj zginęli w katastrofie samolotu prezydenckiego), zarzucali gospodarzom, że chcą tylko utrudnić Polakom dostęp do Katynia, i nakłonili Rosjan do wyrażenia zgody na lądowanie w Smoleńsku. (...) Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski powiedział "Gazecie", że gdy rozmawiał ze śp. ministrem Kremerem na temat lotu delegacji do Smoleńska, nigdy nie pojawił się temat zmiany lotniska. Przypomina: - Tam już w przeszłości lądowały polskie samoloty, więc sprawa wydawała się oczywista. Dodał też, że "powątpiewa", aby postulat zmiany lotniska znalazł się w jakiejś dokumentacji.

Grono odpowiedzialnych za smoleńską katastrofę powiększa się, dziwnym trafem wszyscy najbardziej podejrzani już nie żyją, nie będą się więc mogli wypowiedzieć i podważyć tak pięknie kleconej narracji o śmierci na życzenie polskiej delegacji. Rosjanie robili co mogli, ale Polacy się uparli, i co zrobisz?

Najpierw uparł się prezydent, który zaprosił za dużo za wysoko postawionych osób do swojego samolotu. Gdyby tego nie zrobił, gdyby mu się nie zachciało w Katyniu samych VIP-ów, to VIP-y by do dzisiaj żyły. Ale prezydent się uparł i wsadził do jednego samolotu razem z VIP-ami, także całe dowództwo armii, a Minister Obrony Narodowej i Kancelaria Premiera choć o tym wiedziały, nic nie mogły zrobić. Bo ten się uparł.

Potem uparli się Przewoźnik i Kremer, którzy zmusili Rosjan do lądowania w Smoleńsku. A przecież Rosjanie przekonywali, prosili, proponowali lepsze i bezpieczniejsze lotnisko, ale ci się uparli, nie zważając na ostrzeżenia, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Do wyjaśnienia pozostaje czy uparli się z własnej woli, czy ten upór wymusił na nich prezydent, który przecież znany był z tego, że nie tylko się upierał, ale i wymuszał.

No a na końcu uparł się Protasiuk. Uparł się, żeby lądować, choć przecież rosyjscy kontrolerzy mu uprzejmie zasugerowali lądowanie na lotnisku oddalonym 250 km od Katynia i całkowicie nieprzygotowanym do przyjęcia polskiej delegacji. Ale ten się uparł. Niewykluczone, że ten upór został na nim wymuszony przez prezydenta, trwają ustalenia, choć chyba niepotrzebne, bo wszyscy wiemy jaki uparty, brutalny i przebiegły był prezydent, nie ma wątpliwości, że naciskał, nie ma też raczej wątpliwości, że w swojej przebiegłości naciskał tak, żeby na czarnych skrzynkach nie został ślad po tych naciskach. Może naciskał na migi, albo przekazując rozkaz na kartce, może naciskał poza zasięgiem mikrofonów, albo po prostu samą swoją obecnością, bo i takie hipotezy się pojawiały.

Nie możemy też zapominać o pomniejszych winnych, czyli tych wszystkich VIP-ach, którym się zachciało sms-ować, a ich włączone komórki być może zakłóciły urządzenia pokładowe samolotu, które - co wiemy z oficjalnych oświadczeń - pracowały do końca prawidłowo, mimo być może poważnych zakłóceń wywoływanych przez komórki pasażerów.

Jak widać lista potencjalnych sprawców katastrofy jest dość długa, ale raczej zamknięta, bo tożsama z listą pasażerów feralnego lotu. Morderca był wśród nich, i choć Rosjanie robili wszystko, żeby zapobiec katastrofie, nie mogli zatrzymać samobójczej misji.

Teraz pozostaje tylko bardziej jednoznacznie wskazać winnego. Do Moskwy leci właśnie psycholog, który odsłucha czarne skrzynki i oceni jak wielkiej presji był poddany pilot i jak bardzo przyczyniła się ona do katastrofy. Skoro presji - najwyraźniej - nie ma w zarejestrowanych na czarnej skrzynce słowach, trzeba jej szukać w psyche pilota. Gdzieś się w końcu znaleźć musi. A jak już psycholog ją znajdzie, czy nie od rzeczy byłoby przebadać także tych dzielnych rosyjskich urzędników, którym Przewoźnik i Kremer uniemożliwili zapobieżenie katastrofie? No i koniecznie rosyjskich kontrolerów lotów, niech opowiedzą pod jaką presją oni byli.

Śmiało, bo jak czytamy w artykule Gazety, dokumentów potwierdzających cokolwiek raczej nie ma, można więc snuć dowolne narracje, byle jak najbliżej prezydenta.

A ja się czuję w tym wszystkim coraz bardziej zagubiona. Bo chciałabym się wreszcie dowiedzieć, dlaczego kilka godzin po katastrofie Szojgu publicznie zapewniał Putina, że polski samolot zniknął z radarów 10 minut po tym jak leżał rozwalony w smoleńskim lesie. Dzisiaj już wiemy, że to było kłamstwo, jedno z wielu, ale że padło  publicznie i na najwyższym rosyjskim szczeblu, dobrze byłoby sprawdzić co miało przykryć.

Ale rozumiem, że na takie wątpliwości nie ma miejsca, bo cała Polska szuka winnego na liście pokładowej feralnego lotu. Trwa testowanie kolejnych hipotez, jak daleko można się posunąć w zrzuceniu całej winy na ofiary. Pod tą najnowszą żaden urzędnik nie chce się z nazwiska podpisać, czemu się trudno dziwić, plotki musi więc firmować własnym nazwiskiem Wacław Radziwinowicz, dziennikarz.

Gazeta Wyborcza: W Briańsku TU-154 byłby bezpieczny