Miłada Jędrysik: Zgadzam się, że debatować trzeba na wszystkie tematy, ale jeśli szkodliwość społeczna takiej debaty miałaby być większa niż pożytki płynące z jej nieograniczania, to co wtedy?

Ten komentarz Miłady Jędrysik dobrze ilustruje jeden z problemów jakie mamy w Polsce z (nie)debatą publiczną. Są tematy, których nie powinno się poruszać, bo społeczeństwo gotowe uwierzyć, że nie są jeszcze zamknięte. A przecież są zamknięte, zamknęli je dawno temu mądrzejsi, i nie wypada do nich wracać, bo to takie nieeuropejskie. Jestem przeciwniczką kary śmierci, ale poglądy jej zwolenników uważam za całkowicie niegroźne, w przeciwieństwie do poglądu przedstawionego przez Jędrysik, że o czymś po prostu nie wolno rozmawiać, bo sama debata jest społecznie szkodliwa. Znalezienie argumentów za przekonaniem do swoich racji jest dużo trudniejsze niż zamknięcie oponentom ust, ale nie chodzi przecież o to, żeby ludzie w obawie przed napiętnowaniem przestali się przyznawać, że popierają karę śmierci, tylko żeby przestali ją popierać. W przeciwieństwie do Jędrysik wierzę, że da się znaleźć argumenty przeciwko karze śmierci i nie trzeba się uciekać do knebla.

Jak długa jest lista tematów zakazanych? Jak powstaje? O czym jeszcze nie wypada rozmawiać?

Nie tylko zresztą tematy bywają zakazane, są także niepożądani uczestnicy debaty publicznej. Na przykład jacyś szarzy ludzie, bez nazwiska, co to mają swoje zdanie i choć nie są autorytetami, pchają się z nim do przestrzeni publicznej, bezczelnie wykorzystując fakt, że dzięki nowym technologiom przestrzeń publiczna jest prawie całkowicie otwarta i żadna rada autorytetów nie jest jej w stanie kontrolować i reglamentować dostępu.

Prof. Marcin Król: Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale. (...) W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, które w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami. Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności. Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze. Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że „poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie”. Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.

Kto i co zaśmieca debatę publiczną? Kto lub co powinno decydować co jest śmieciem? Jak chronić debatę publiczną przed zaśmieceniem?

Prof. Jan Winiecki (do dziennikarki Joanny Lichockiej): W elukubracjach na mój temat nie wyszła Pani poza poziom i styl "wspieraczy PiSuariatu". Nie ustosunkowała się Pani do ani jednego z czterech zarzutów dotyczących łamania zasad prawa i moralności (z których po skrótach "FT" pozostały trzy). Tylko piana z ust i typowe pomówienia charakterystyczne dla wszystkich bolszewików: od premiera do szeregowego dziennikarza inkwizytora, takiego jak Pani. (...) Pani ma teraz, jak rządzący PiSuariat, swoje pięć minut i jak oni zniknie Pani z grona tych, na których zwraca się uwagę. (...) Tak więc, nie wykluczałbym, że wcześniej jeszcze, nim PiS przegra wybory, po "Rzepie", a w każdym razie "Rzepie" w jej obecnym kształcie ideologicznym, nie zostanie nawet ślad i powróci Pani tam, gdzie jest Pani właściwe miejsce - to znaczy do jakiejś egzotycznej niszy (czy jaskini) jak "Gazeta Polska".

Czy debatę publiczną naprawdę zaśmiecają tylko bezimienni obywatele? Jaka jest odpowiedzialność za jakość tej debaty polityków, autorytetów i dziennikarzy? Jak ochronić debatę publiczną przed śmieciami wrzucanymi do niej przez szanowane autorytety, z wielkimi nazwiskami?

Piotr Pacewicz: Działa tu spirala. Po upadku IV RP publiczność mniej ciekawi się polityką, więc media zaostrzają ton i nawet Tomasz Lis zaprasza Leppera, by podkręcić oglądalność. Nasze radia i telewizory są pełne polityków. Gadających, plotących trzy po trzy, kłamiących na potęgę, obrażających się nawzajem, kręcących bicze z piasku i puszących się bez odrobiny samokrytycyzmu. Pseudodziennikarze występują z nimi w symbiozie. Zamiast zapraszać fachowców, którzy objaśnialiby rzeczywistość, oddają czas antenowy politykom, by walili się po głowach. Dostają za to od polityków szacunek wyrażający się przymilnym "panie redaktorze". Poza "Kawą na ławę" Rymanowski prowadzi m.in. program "24 godziny" w TVN 24 stosując metodę, którą można określić jako podkręcanie pyskówki. (...) Rozkręca się karuzela obelg, która przesłania, o co w polityce w końcu chodzi. Nie ma miejsca na pytanie, co ma sens, co jest dobre, co mądre, co szlachetne. Takie rzeczy marnie się sprzedają. Dlatego jest ich coraz mniej, więc sprzedają się jeszcze gorzej. Publiczność, słuchając na okrągło tego magla rozleniwia się: Po co tyle myśleć, zwłaszcza jak człowiek zmęczony po całym dniu pracy? W podobny sposób robi się tematy społeczne czy obyczajowe jak problem dzieci różnokrajowców, czy in vitro. Forma pyskówki-tv daje nieuchronny efekt - temat zostaje sprowadzony do populistycznych, ordynarnych uproszczeń. (...) Otwierając telewizor, Polacy (bezwiednie?) wsiadają na krzesełka tej karuzeli głupoty, choć wydaje im się pewnie, że uczestniczą w jakiejś publicznej debacie. To nie jest żadna debata, żadne dziennikarstwo. To pyskówka, która ostatecznie zniechęca nas do myślenia, do poważnej oceny życia publicznego, do konfrontowania polityki z wartościami czy choćby ze zdrowym rozsądkiem. Co najwyżej przykuwa na moment naszą uwagę, tak jak awantura na ulicy. I tak jak w ulicznej bitce uwaga skupia się na tym kto kogo.

Jaka jest odpowiedzialność mediów za jakość debaty? Czy dziennikarze tylko zaspokajają popyt na coraz bardziej sensacyjne, coraz bardziej brutalne dziennikarstwo, czy może ten popyt kreują? Czy widz naprawdę włącza telewizor po to aby obejrzeć uszminkowanego senatora w sukience, czy raczej po prostu nie wyłącza go mimo tego, że to właśnie w nim widzi? Czy media powinny tylko odpowiadać na nasze potrzeby, czy także odpowiedzialnie je kreować? Jaka jest rola partyjnych spin-doktorów i wynajmowanych przez partie specjalistów od marketingu politycznego w nakręcaniu debaty w kierunku najbardziej wygodnym dla polityków, a nie obywateli?

Nie wiem czy takie lub podobne pytania padną w jutrzejszej dyskusji "Prawo do debaty publicznej", jeśli tak, to na sali będą osoby najbardziej kompetentne do szukania odpowiedzi. W dyskusji wezmą udział:

Igor Janke (prowadzący) - dziennikarz i współtwórca miejsca, gdzie w debatę publiczną mogą się włączyć także obywatele,

Adam Łaszyn - jeden z najbardziej znanych specjalistów od komunikacji i marketingu politycznego,

Tomasz Sekielski- dziennikarz, autor głośnego i kontrowersyjnego filmu "Władcy marionetek",

Krzysztof Skowroński - dziennikarz, który miejsce bardziej sprzyjające prawdziwej debacie, na tematy naprawdę ważne znalazł (a raczej sam je sobie stworzył) poza medialnym mainstreamem,

Kuba Wygnański - socjolog, społecznik, animator wielu inicjatyw obywatelskich, autor publikacji o demokracji deliberatywnej.

Oraz każdy - do aktywnego udziału zaproszeni są wszyscy uczestnicy, "głosy z sali" mile widziane.

Spotkanie jest otwarte, odbędzie się jutro w warszawskim Kinie Kultura. Początek - godz. 16.15. Koniec - gdy się uczestnicy rozmową o debacie zmęczą.